Expeditio Fordonensis II

Ostatniego dnia kwietnia spotkaliśmy się na terenie Zbocza Fordońskiego, by marszem w pełnym rynsztunku rozpocząć sezon rekonstrukcyjny.

Dzięki temu, że zabraliśmy ze sobą pralkę mogliśmy uwiecznić nią takie momenty jak np. atak człowieka- kciuka :)



Nasza wyprawa zmagała się z licznymi przeszkodami natury organizacyjnej i pogodowej. W końcu jednak udało się nam spotkać. Zebraliśmy się w okrojonym, ale jakże bojowym składzie: Cricetvs, Ramvs, Rogatvs oraz ja, Wasz uniżony sługa. Postanowiliśmy, że marsz odbędzie się w pełnym uzbrojeniu, lecz bez zbędnych bagaży- właściwie oprócz zbroi i oręża obciążały nas jedynie suchy prowiant i zapas wody. Legioniści mogli tak podróżować w obliczu przeciwnika, w trakcie krótkich patroli w dzikich okolicach naddunajskich czy nadreńskich fortów. W trasę wyruszyliśmy w godzinach przedpołudniowych. Droga wiodła Nas malowniczymi lasami, pagórami oraz wąwozami Zbocza Fordońskiego.

Niezwykle przyjemnie jest maszerować przy dobrej pogodzie, gdy słońce prześwieca przez liście a powietrze przepełnia zapach żywicy... Przyroda, po początkowym falstarcie ostatecznie obudziła się z zimowego snu. Między drzewami przemykały dzięcioły, sójki i kawki, a spod Naszych stóp uciekał cały stawonożny, leśny ludek. Pomimo, że w sobotę dość mocno padało, błoto zalegało jedynie gdzieniegdzie, większość duktów była już przeschnięta.

W ruch poszły zapasy suchego prowiantu...

Łącznie przeszliśmy ok. 14 kilometrów po zmiennym terenie. W trakcie marszu zatrzymywaliśmy się parokrotnie by się posilić, napić i odsapnąć. Niestety pod koniec naszej eskapady dało mi się we znaki obuwie. Stopy, przyzwyczajone do amortyzacji w postaci syntetycznego kauczuku boleśnie odczuły grube, skórzane podeszwy podbite gwoździami. Ostatnie kilometry przeszedłem z gigantycznymi pęcherzami, znacznie opóźniając kolegów. Inna sprawa, że jeszcze nigdy nie maszerowałem w moich caligae tak długo i daleko. Zawsze po dłuższych marszach wysiadały mi plecy, zmęczone naciskiem pancerza- wzmocniłem je przez zimę i tym razem czułem się dobrze (oczywiście wyłączając nieszczęsne stopy).  

Jakby nie było wyjście to należy uznać za udane. Udało nam się spotkać, porozmawiać o nadchodzących imprezach, sprawdzić sprzęt przed sezonem. Osobiście brakuje mi min. porządnej manierki i większej torby. Wszystkie te rzeczy będę musiał dorobić w trakcie sezonu. Utwierdziłem się też w przekonaniu, że zakładanie tarczy na plecy, to ślepa uliczka- paradoksalnie znacznie wygodniej i praktyczniej nieść ją po prostu w ręku.

Mistrzowie kadrowania i pieszych wycieczek już po eskapadzie.

Chciałbym raz jeszcze, tym razem wirtualnie podziękować moim kolegom z oddziału: Cricetvs, Ramvs, Rogatvs- bez Was nie czerpałbym takiej przyjemności z Naszej pasji. Czekam już na imprezę w Owidzu, która zakończy Nasze majowe wysiłki.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ratzeburg

Pvgio